Tomek

Tomek-fontainebleauCzemu się wspinam?

Hm, a czemu nie? W końcu my tu gadu gadu, a skały czekają i stygną, tak? No nie. To byłoby zbyt proste. I nie powie prawdy. A na pewno nie całej prawdy.

Kiedy po raz pierwszy spróbowałem wspinaczki byłem przekonany, że będzie to dla mnie po prostu kolejny sport. Nie pierwszy przecież, a i z pewnością nie ostatni. Co więcej, byłem pewien, że podobnie jak w przypadku dotychczasowych fascynacji, szybko ogarnę, o co w tym chodzi. I jeszcze szybciej stanę się w tym naprawdę dobry. Przecież zawsze tak było.

Tylko, że tym razem wcale tak nie było. Szło mi ciężko, co rusz utykałem, coraz bardziej frustrowałem się tym, jak mozolnie przychodziło mi wydrapywanie się na kolejne cyfry… Aż wreszcie zrozumiałem, że wbrew pozorom we wspinaczce nie da się zrobić nic na siłę, nie da się nic przecenić, pójść na skróty. Kolejne cyfry nie są jedynie efektem tego, jak mocno zaciskam zęby… A że zaciskam, wszyscy wiedzą 😉

To, co kiedyś jedynie mnie frustrowało, teraz stanowi o pięknie wspinania. Każda kolejna cyfra wymaga bowiem tyle samo od mojego ciała, co od mojego umysłu. Jeśli nie więcej. To moje skupienie, moja uważność, moja umiejętność bycia Tu i Teraz, moje Zen decyduje o tym, czy zatopuję, czy spadnę. Decyduje o tym dużo bardziej niż to, że może się już nie zgina, czy też jak głośno kwiczą prosiaki na opuszkach…

Dlatego nic tak nie potrafi przywrócić mojej uważności i nic tak nie osadza mnie z powrotem w Tu i Teraz jak wyjazd w skały. Gdy zaczynam dotykać kamienia, wszystko inne przestaje na tę chwilę istnieć. Jestem tylko ja i skała. Rozmawiam z nią poprzez dotyk, wczuwam się w to, co może mi powiedzieć. Czasem będzie to stanowcze ‘nie’ i trzeba będzie odpuścić. A czasem zdradzi mi wszystkie swoje sekrety i pozwoli zrobić balda. Ale jeśli nie słucham, jeśli nie jestem w pełni zanurzony w chwili obecnej, jeśli pozwolę głowie na jej gierki, wtedy spadam. Tak po prostu.

Tomek-Albarracin

Skały nie da się oszukać, nie da się jej przechytrzyć, tak jak swoich przeciwników w innych sportach. Nie da się, bo to nie skała jest moim przeciwnikiem. To ja sam. Mogę oczywiście uciec się do samej siły. Mogę ją zgwałcić. Ale przecież zawsze wtedy wiem, że w tym moim przejściu nie było ani piękna, ani gracji. Więc zamiast zdobywać, pokonywać, wolę z nią płynąć. Wolę pozwolić jej się poprowadzić niczym w tańcu, będąc przy tym obecnym w każdym ułożeniu stopy na nieistniejącym stopniu, w każdym zapięciu na mikrokrawądce, kiedy to każdy, najmniejszy nawet ruch czy choćby i mikroskopijne przesunięcie środka ciężkości ciała decyduje o tym, czy jeszcze jestem na skale, czy już mnie na niej nie ma… W trakcie tych 30-60 sekund nic innego nie istnieje, nic innego nie ma. Czyste Zen. Gdyby tylko adepci buddyzmu zmagający się na co dzień ze swoją medytacją mieli okazję tego spróbować… 🙂

A po całym dniu w skałach, kiedy boli mnie praktycznie całe ciało, kiedy każdy mięsień jęczy i każdy staw płacze, mój umysł jest wyciszony i spokojny. Cokolwiek mogłem ze sobą przytaszczyć w skały, a co wcześniej nie dawało mi spokoju, teraz zniknęło. Pustka. Jestem jednocześnie potwornie zmęczony i zupełnie wypoczęty. Idealna harmonia bólu i radości. Kolejny paradoks w stylu Zen.

P.S. Myśle, że Osho byłby ze mnie dumny. Wspin to w końcu kwintesencja jego idei medytacji w ruchu 🙂