Długi trip a korzyści wspinaczkowe

Zostaliśmy poproszeni o zrobienie podsumowania tego jak trip wpłynął na nasze wspinanie. Oto ono 🙂

*pamiętajcie, że to wyłącznie nasze, subiektywne odczucia. Opowiemy Wam, jak taki wyjazd wpłynął na nasze wspinanie – nie u każdego będzie to wyglądało tak samo, jest to bardzo indywidualna kwestia 🙂

Zarzalejo

Po pierwsze: życiówki.
Odwiedzenie dużej liczby rejonów, wspinanie w różnych formacjach z pewnością zwiększa szanse na to, że w czasie wyjazdu uda się zrobić „cyfrę życia”. Jednak naszym zdaniem wynika to raczej z rachunku prawdopodobieństwa niż z zyskania dzikiej siły – wstawiając się w kilkadziesiąt różnych trudnych problemów, zwiększamy szansę na to, że jeden z nich wymaga właśnie takich umiejętności, które są naszymi mocnymi stronami. No dobra – spora liczba problemów poprzedzających ten najważniejszy, też ma pewien wpływ 🙂

Po drugie: technika.
Jeśli zdecydujemy się na odwiedzenie różnorodnych miejscówek (granit/piaskowiec/wapień) i przewspinamy kilometry w skale, nie ma siły – technika na pewno się poprawi. Widzimy po sobie, że wspinamy się dużo bardziej technicznie niż przed wyjazdem. Przykład – do czasu wyjazdu nie wierzyłam w magiczną moc pięty. Nie umiałam jej używać, wolałam krawądkowe buty, w efekcie często odpuszczałam przewiechy, kanty czy trudne mantle, które bez użycia pięty są znacznie trudniejsze. W tej chwili nie wyobrażam sobie wspinania bez używania pięty, ba! okazało się, że wiele problemów z zasięgiem (nie ma się co oszukiwać, jestem karłem) da się rozwiązać żelaznym haczeniem pięta-palce. I skończyły się wymówki 🙂

Albarracin - TEC-B44-L2

Po trzecie: nastawienie.
Kiedy jedynym planem na najbliższą przyszłość jest wspinanie – masz więcej czasu na przemyślenia okołowspinaczkowe i obserwację siebie. Jest czas żeby pogadać ze sobą i ustalić, czego się naprawdę chce – testować plany treningowe i zostać królem panelu? Spędzać jak najwięcej czasu w skałce i paździerz traktować jako zło konieczne? Robić cyfrę czy raczej piknikowo wspinać się dla przyjemności?

Po czwarte: organizacja.
Przed wyjazdem zdarzało nam się pojechać w skałkę i niezdecydowanie kręcić się po lesie, co często kończyło się frustracją i marnowaniem czasu. Po trzech miesiącach wyjazdu wychodząc z domu mamy jasno określony plan, w co chcemy się wstawić, jakimi patentami, gdzie rozgrzewać i  jaki jest plan B 🙂

Po piąte: rozgrzewka i regeneracja.
Niby wiedzieliśmy to od zawsze – trzeba się rozgrzewać, rozciągać, odpoczywać. Ale praktyka mijała się z teorią… Dopóki wspinasz się weekendowo i umiarkowanie trenujesz na panelu, Twoje ciało wybaczy Ci takie drobne zaniedbania…przez jakiś czas 😉 Na dłuższym tripie – niekoniecznie. Skutki braku rozciągania i dopowiednio częstych restów czuje się szybko. Do idei rozgrzewania przekonała nas obserwacja, jak wspinamy się po trudnych rzeczach bez solidnej rozgrzewki i z nią – i przyznajemy, rozgrzane mięsnie i palce pracują dużo lepiej 🙂 Z rozciąganiem jednak wciąż mamy srogie zaległości…

Albarracin - stretching

Po szóste: obserwacja własnego ciała.
Zauważyłam, że trudne rzeczy najlepiej wchodzą mi po dwu-trzydniowym reście i krótkiej, intensywnej rozgrzewce. Okazało się też, nagle, że mam całkiem dobrą wytrzymałość (pomimo trzymania się z daleka od liny) i trawersy nie są dla mnie nieosiągalnym wyzwaniem. Wiedza o tym, jak dogadać się z własnym ciałem i co zrobić, żeby maksymalnie wykorzystać jego potencjał naprawdę dużo daje…

Po siódme: kontuzje.
Nagle okazało się, że niesłusznie obwiniałam wspinanie o część problemów ze zdrowiem – wygląda na to, że odpowiedzialna jest raczej siedząca praca biurowa…Jesteśmy też dużo czujniejsi i dokładniej wsłuchujemy się w swoje ciało. Zaczyna boleć faker lub czujemy rwanie w łokciu? Będzie czas jeszcze powalczyć, szkoda się skasować w połowie wyjazdu 🙂

Fontainebleau - tape on wrist

Po ósme: motywacja.
Nie tak łatwo utrzymać motywację długi czas. Szczególnie wtedy, kiedy – poza czynnościami koniecznymi, takimi jak jedzenie, spanie, mycie – cały twój czas wypełnia wspinanie. Nie spotykasz się ze znajomymi, nie jesz obiadów z rodzicami, nie chodzisz do kina, nie robisz wielu rzeczy, które są naturalnymi „urozmaiceniami” życia. Wbrew pozorom to poważny test tego, czy wspinanie jest faktycznie tym, co najbardziej lubisz robić 🙂

Po dziewiąte: głowa.
Oswoiliśmy część swoich lęków: przed spadaniem, przed dyno, przed mantlami. Chociaż wciąż czasami łatwiej mając zaufanego spottera pod sobą 🙂

Albarracin - Mantla

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *