Rozdział pierwszy

Wybaczcie ten blogowy przestój, ale potrzebowaliśmy odetchnąć i odpocząć 🙂 Czas nadrobić te zaległości…
Jeszcze nie wspinaczkowo – trochę o przygotowaniach, trochę o drodze, trochę o wypoczynku 🙂

Ostatnie dwa tygodnie przed wyjazdem to ciągły bieg. Lista zakupów i rzeczy do załatwienia zamiast się kurczyć – ciągle rosła. Zakupy żywieniowe (trzeba jakoś przetrwać Szwajcarię 😉 ), ekwipunek kempingowy (do tej pory jakoś nie byliśmy bywalcami kempingów), ostatni przegląd samochodu (12 tys kilometrów daje sporo okazji do awarii) itd… Ten czas to także poszukiwanie sponsorów, którzy chcieliby wesprzeć nas w tym naszym małym wariactwie, mimo, że nie będziemy raczej chwalić się osiągnięciami sportowymi na miarę czołowych polskich wspinaczy. W tym miejscu wielki pokłon dla headcrash, heartbeat, e-climbing shop i Okomedu za wsparcie i zainteresowanie naszym projektem 🙂

Kilka dni przed wyjazdem dopadły nas już książkowe objawy reisefieber – w nocy trudno zasnąć przeglądając w myślach listę TO-DO, w dzień zatrzymać myślenie o tym, co mogliśmy zapomnieć kupić/załatwić/spakować. Moment tuż przed wyjazdem to żyzna gleba dla demonów wątpliwości: czy nie robimy czegoś głupiego? A jeśli po drodze coś się wydarzy? Czy damy radę obyć się bez Najwygodniejszej Sofy na świecie?

Najtrudniejszą chwilą było jednak oddawanie w dobre ręce istoty władającej naszym domem – Pana Kota. Jednoucha, prawie sześciokilowa kulka futra zamieszkała z nami w październiku – tymczasowo – i już została na dobre. Teraz trudno wyobrazić sobie poranek bez wskakiwania nam do łóżka i miauczenia z okazji pustej michy 😉 Na czas, kiedy nas nie będzie, opiekę nad bestią powierzyliśmy Iwonie i Bartkowi. Teraz, po ponad tygodniu rozłąki, wiemy już, że pomimo naszych obaw, Zwierz wyjątkowo szybko się zadomowił – wywalczył sobie nawet miejsce w łózku 😉

Dla Michała rozstanie z pracą też nie było takie łatwe. Ponad 6 lat to kawał czasu i wspólnej historii. Ostatnie dni to bardziej nadrabianie zaległości towarzyskich i pogawędki z ludźmi, za którymi będzie się mimo wszystko trochę tęskniło, niż prawdziwa praca. Wypełnianie obiegówki, oddawanie sprzętu nie obyło się bez nutki nostalgii. Samo pożegnanie w pracy było pomieszaniem wzruszenia i ekscytacji, że oto nadchodzi nowe. I to zdziwinie ludzi, którzy na pytanie „dokąd uciekasz” słyszą odpowiedź: „nigdzie, jedziemy na wakacje” – bezcenne 🙂
Znając realia naszych branż prawdopodobnie znane twarze zobaczymy pewnie w tej czy innej firmie 🙂

W ramach pożegnalnych prezentów od ekipy CS dostaliśmy lampę kempingową, od kolegów z Nokii młynek, kilogramowy zapas wybornej kawy i pamiątkową koszulkę. Bardzo trafione – dzięki!

Przewidując, że wszyscy inni turyści z okolicy wyruszyli na wakacje już w piątek, zaplanowaliśmy – genialni stratedzy – wyjazd na sobotę. Planowane ostatnie pakowanie zamiast godziny zajęło nam trzy, przekazanie kluczy sąsiadom, ostatnia kawka u przyjaciół i… ruszyliśmy!
Połykaliśmy kilometry rozkoszując się 20 stopniami w aucie, podczas gdy termometr wskazywał 37 stopni na zewnątrz. Wieczorem dotarliśmy do Wiednia, gdzie zamiast zwiedzania zabytków zobaczyliśmy Seestadt, dzielnicę będąca „miastem w mieście” – wiedeński eksperyment urbanistyczny: osiedle bez samochodów, z szerokimi deptakami, sztucznym jeziorem z plażą i ogródkami warzywnymi między budynkami – bajka! Zostaliśmy też po królewsku ugoszczeni – dzięki Tomku!
Droga do Chorwacji okazała się dłuższa niż się spodziewaliśmy i objazdy wydłużyły nam podróż o kilka godzin. Widoki po drodze nieco ten ból rekompensowały 🙂
Drvenik osiągnęliśmy kiedy już zmierzchało i grzecznie ustawiliśmy się w kolejce do promu. Po przeprawie na Hvar czekała jeszcze godzina serpentynowatej drogi na upatrzony kemping, już na rezerwie bateryjki. O 22 kiedy wjechaliśmy przez bramę kempingu, myśleliśmy już tylko o położeniu się spać…Tu okazało się, że popełniliśmy podstawowy błąd logistyczny – rozkładaliśmy w ciemności nowy namiot. Po raz pierwszy… Nie polecamy 😉 Kiedy już byliśmy blisko położeniu się NA namiocie, a nie W, udało się go wreszcie rozpracować 🙂 Dookoła awanturowały się cykady (i jeden Chorwat), pachniało rozgrzane igliwie, a w tle słychać było szum fal… Cudo!

Chorwacka rutyna była wyjątkowo przyjemna – leniwe śniadanka, południa w cieniu drzew na plaży, nurkowanie, książki (dużo książek!), ściganie się z rybami, spacery poszatkowym zatokami brzegiem morza, pizze w miasteczku, popołudniowe freesbee w wodzie, Duży Format, Lambrusco z gwinta na plaży, Stranger Things wieczorami i dzisięć godzin snu… Można powiedzieć, że wyhamowaliśmy przedwyjazdowy pęd i jesteśmy gotowi na wspinaczkowe wakacje 🙂

A na kempingu sąsiedzi – akompaniując sobie na gitarze – nucą właśnie „Everything’s gonna be all right…”. No bo jak ma byc inaczej? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *